Trwa ładowanie strony

Zgodnie z art. 173 ustawy Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że kontynuując przeglądanie tej strony wyrażasz zgodę na zapisywanie na Twoim komputerze tzw. plików cookies. Ciasteczka pozwalają nam na gromadzenie informacji dotyczących statystyk oglądalności strony. Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie ich zmień ustawienia swojej przeglądarki internetowej.

Towarzystwo sportowe
Kolejarz Opole

Żona z córeczką przyniosły szczęście. Rozmowa z Adrianem Gomólskim

- Długo czekaliśmy na ligowe zwycięstwo Stal-Met Kolejarza. Dlaczego?

 

- Nasza drużyna od samego początku miała funkcjonować tak, jak w ostatnim czasie. Zawsze jednak brakowało kilku punktów do zwycięstwa. Były  błędy i wiele nieszczęśliwych splotów akcji, jak moje wykluczenia, czy sławny już błotnik Denisa Gizatullina. I tak te punkty uciekały. W meczu z Poznaniem przełamaliśmy złą passę i wygraliśmy. I z pewnością, nie było to nasze ostatnie zwycięstwo.

 

- Po wspomnianym meczu z Naturalną Medycyną PSŻ Poznań, a także po kolejnym spotkaniu w Krośnie byłeś chwalony nie tylko za wyniki, ale również zespołową jazdę…

 

-  Jest pewien progres i nie ukrywam, że bardzo się z tego cieszę. Żałuję tylko, że w Krośnie znów nie udało się wygrać. Tor był dla nas zagadką. Przed meczem oglądałem zdjęcia, dzwoniłem też do zawodników z innych drużyn, żeby podpytać, jak tam teraz się jeździ. Rozmawiałem z Bjarne Pedersenem, z którym ostatnio mam bardzo dobry kontakt. Dał mi kilka wskazówek co do ustawień. Wiadomo, że jeździ on na innych motorach niż ja, ma inna sylwetkę, ale zawsze takie podpowiedzi są jakimś punktem wyjścia. W zespole też się wiele zmieniło.  Tworzymy drużynę i staramy się sobie pomagać w parkingu i na torze. Mamy też w miarę stały skład, w końcu nie ma roszad co mecz.

 

– Co czuje zawodnik, gdy po szeregu słabych występów wreszcie osiąga wyniki, które go satysfakcjonują?  

 

– Jak widać jestem bardzo zadowolony. Uśmiech nie schodzi z twarzy. Zwycięstwo zawsze podnosi morale, jest dobrym prognostykiem na następne mecze. Także atmosfera w drużynie się zmienia. Jest większa wola współpracy.

 

- Zarobki też są lepsze... Żona się cieszy…

 

- (śmiech) Gdybym od początku sezonu jeździł na takim poziomie, jak w ostatnich meczach, nie byłoby źle. Jeżeli  zawodnik zdobywa powyżej dziesięciu punktów w każdym meczu, to i w drugiej lidze może zarobić. Trzeba jednak pamiętać, że znaczna część zarobionych pieniędzy jest przeznaczona na kolejne inwestycje w sprzęt. Trzeba sfinansować serwisy silników, kupić nowe części, żeby w kolejnym meczu motory nie zawiodły. A z drugiej strony jest dom i rodzina, którą też musimy utrzymać. W obecnym sezonie wszystkie zarobione pieniądze wydaję na żużel i życie codzienne.

 

- Jak już wspominamy o żonie, to widziałem, że była przy tobie w parkingu razem z waszą córeczką.

 

- Nie mieliśmy takich planów, to była spontaniczna decyzja. Rano wstaliśmy i po prostu postanowiliśmy, że jedziemy razem na mecz. W samochodzie spędziliśmy trochę czasu ze sobą, dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Było miło. Byłem dobrze nastawiony, nie myślałem o stresie.

 

- Może powinny jeździć z tobą na każdy mecz, bo wyraźnie przyniosły ci szczęście.

 

- (śmiech) Czasami rzeczywiście takie drobne rzeczy działają na nas podświadomie. U mnie zaczęło się od zmiany kewlaru. Do meczu w Ostrowie jeździłem w kombinezonie sprzed dwóch sezonów. Nie byłem zadowolony z siebie, potrzebowałem zmian. Brat udostępnił mi wtedy kewlar, który jest repliką tego, w jakim jeździł Jason Crump. Na zawodach były żona z córeczką i ich obecność również wpłynęła na mnie. Dotychczas jakoś nie byłem zwolennikiem tego, by moja rodzina była przy mnie na zawodach. To jest moja praca. Tłumaczyłem, że ja z nikim do pracy nie chodzę i wolałbym, żeby nikt ze mną też nie chodził. Ale moje kobiety przyniosły mi szczęście, więc może rzeczywiście będziemy częściej razem jeździć.

 

- Co zrobisz, gdy pewnego dnia córeczka zapyta: "tatusiu, podpiszesz zgodę na starty na żużlu"?

 

- Uważam, że żużel nie jest sportem dla kobiet. Sam poznałem piękno, ale też okrucieństwo tej dyscypliny. Dlatego raczej nie będę popierał takiego pomysłu, jeśli kiedykolwiek się pojawi. Jakiś mały motorek córeczce pewnie sprawię, żeby mogła sobie pojeździć, ale do jazdy na żużlu namawiać nie będę.

 

ROZMAWIALI: MAREK BODUSZ, MICHAŁ ŁOŚ