Trwa ładowanie strony

Zgodnie z art. 173 ustawy Prawa Telekomunikacyjnego informujemy, że kontynuując przeglądanie tej strony wyrażasz zgodę na zapisywanie na Twoim komputerze tzw. plików cookies. Ciasteczka pozwalają nam na gromadzenie informacji dotyczących statystyk oglądalności strony. Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie ich zmień ustawienia swojej przeglądarki internetowej.

Towarzystwo sportowe
Kolejarz Opole

Jest taki dwunastolatek, o którego przyszłość pytają najlepsze kluby

 

Ma dopiero dwanaście lat. Gdy siedzi na dużym motorze, jeszcze nie sięga nogami do ziemi. A jednak już pokonuje łuki ślizgiem kontrolowanym, nie popuszczając nawet gazu. Jego popisy robią wrażenie na zawodnikach i trenerach najlepszych polskich klubów. Nic dziwnego, że już teraz pytają oni o jego przyszłość. Paweł Trześniewski, bo o nim mowa, planuje jeszcze rok spędzić na minitorach, a później to już tylko przygotowywać się do startów w klasycznym speedwayu.

 

Mówią o nas, że jesteśmy świrami

 

Na rozmowę z rodziną Trześniewskich umówiłem się w ich mieszkaniu w jednym z opolskich blokowisk. Paweł czekał na mnie przy drzwiach do klatki schodowej. Gdy weszliśmy do domu, szybko usiadł na kolanach taty i zaczął opowiadać: – Razem z tatą i mamą tworzymy zgrany team. Rodzice są ze mną na każdym treningu i na wszystkich zawodach. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu i zawsze jest świetna atmosfera. Nigdy nie było jakiś kłótni, spięć, obrażanek. O żużlu rozmawiamy non stop, nawet przy wigilijnym stole. – Żużel jest wspólną pasją całej trójki. - Mówią o nas, że jesteśmy świrami. O Pawle - ponieważ jeździ na żużlu oraz o mnie i Agnieszce - bo jeździmy razem z nim. Za naszych czasów trudno było spełniać marzenia. Dzisiaj jeśli dziecko kocha sport i chce się w nim realizować, to są różne możliwości, żeby mu pomóc. Nie chcielibyśmy, żeby Paweł za kilka lat stwierdził, że mógł być szczęśliwy, ale rodzice stanęli na przeszkodzie. Dobrze rozumiemy się z synem. Tworzymy koleżeńskie relacje. Razem się śmiejemy i wygłupiamy. Wszyscy mamy świra na punkcie speedwaya. – mówi Radek, tata Pawła. W przeszłości sam próbował swoich sił w opolskiej szkółce: – Jeździłem w szkółce kilka lat, nie byłem jednak na tyle dobry, by zostać przy tym sporcie. Co prawda nikt mi nie mówił, że się nie nadaję, ale sam dojrzewałem do takiej decyzji. Cały czas jednak moje życie obraca się wokół żużla, kibicuję Kolejarzowi i Pawłowi Trześniewskiemu. Zafascynowaliśmy go tym sportem, a teraz pomagamy mu w spełnianiu marzeń. – opowiada, z dumą pokazując trofea syna. Dzięki niemu może spełniać także swoje marzenia: - Zawsze chciałem pracować przy motorach. Teraz mam taką możliwość. Dzięki zarządowi Kolejarza na stadionie w Opolu mamy do dyspozycji swój boks z nieograniczonym czasem. Nieraz zdarzało się, że zaraz po pracy jechałem na stadion i do późnych godzin nocnych przygotowałem synowi sprzęt na zawody. Nie jestem żużlowcem, ale jestem nieustannie na stadionie Kolejarza. – cieszy się Radek. Podczas treningów sprawia wrażenie spokojnego ojca, który z zadowoleniem kiwa głową, oglądając syna w akcji. Zupełnie inaczej zachowuje się Agnieszka. Z reguły chucha w zaciśnięte kciuki, jednocześnie trzymając aparat fotograficzny. Bo to właśnie ona jest głównym fotografem syna. - Na większości zdjęć mamy albo niebo, albo trawę, albo bandę, za którą mama się chowała. Ale spośród wielu tysięcy zdjęć, jakie mi robi na każdych zawodach można wybrać kilka do galerii. – żartuje Paweł.

 

Dywan mokry od łez

 

Kiedy inni chłopcy biegali po boisku za piłką, Paweł zaczynał swoją przygodę z motorami. Sześć lat startów w miniżużlu przyniosło wiele sukcesów. Na półce w pokoju stoi ponad dwadzieścia pucharów. Na rurze doprowadzającej wodę do grzejnika wisi kilkadziesiąt medali. Wśród nich te najważniejsze, za wicemistrzostwo Polski na „pięćdziesiątkach” oraz za trzecie miejsce w mistrzostwach Polski w klasie 125 ccm. – Żużel to całe moje życie. Nic nie daje mi tyle radości, co ten sport. Nie wyobrażam sobie, mógł robić coś innego – mówi Paweł. Kiedy tylko dowiedział się, że będzie miał boks na motory na stadionie od razu zażyczył sobie, by stało tam też biurko. - Zaraz po szkole biegnie na stadion. Tam z reguły czeka już na niego tata. Najpierw szybko odrabia lekcje, a potem razem z Radkiem zaczynają pracę przy motorach. – mówi Agnieszka, mama Pawła. - Zimą pojeżdżę też sobie na crossówce. Dzięki temu mam ciągłe obeznanie z manetką. – dopowiada młody zawodnik. Po sezonie realizuje też swój prywatny cykl siłowy obejmujący brzuszki, przysiady, podciągnięcia oraz pompki. Chodzi o to, by ćwicząc, zrobić ich więcej niż poprzedniego dnia. Agnieszka pokazuje niewielki dywan – To tutaj Paweł ćwiczy. Czasami już nie daje rady. Jest cały czerwony, drży, z oczu płyną łzy wysiłku. Mówimy mu „odpuść sobie”, już wystarczy. Ale on krzyczy, że cykl się jeszcze nie skończył, że nigdy nie zrezygnuje, że to dla żużla, żeby był dobrym zawodnikiem. I ciśnie dalej te swoje pompki. Czasami po treningu dywan jest mokry. Od potu i łez. – opowiada ze wzruszeniem. Do jazdy na crossie i ćwiczeń w domu dochodzi jeszcze basen i łyżwy, a w lecie także rower. W natłoku zajęć trudno znaleźć czas na naukę, ale w tej kwestii „nie ma zmiłuj” - W sezonie dwa razy w tygodniu jeździmy na treningi do Rybnika. Wracamy z nich o późnych porach i wiadomo, że wtedy Paweł nie da rady przyswoić wiedzy. Dlatego też uczy się w drodze na trening, w aucie. Tam też na kolanie odrabia lekcje. Nie ma mowy o odpuszczaniu obowiązków szkolnych nawet jeśli warunki nie są sprzyjające – opowiada Radek.

 

Dwa paski

 

- Z rodzicami mamy taką umowę, że najpierw jest szkoła, później żużel. Wiem, że muszę się dobrze uczyć, bo w przeciwnym wypadku tata kazałby mi skończyć ze sportem. Więc się uczę. Przez dwa lata miałem nawet czerwony pasek. Robię wszystko, by mieć dobre oceny. – mówi Paweł. Chodzi do opolskiej „jedynki”. W szkole mu się podoba, nie lubi tylko czytać „babskich” lektur. Trafił na konsekwentnych, ale jednocześnie wyrozumiałych nauczycieli - Wszyscy uczniowie są równi. Jednak gdy nie ma mnie przez dłuższy czas, to nasi nauczyciele zawsze znajdą chwilę, by mi dany materiał wytłumaczyć. Wszyscy wiedzą o tym, że jeżdżę na miniżużlu, ale najbardziej się chyba cieszą wuefiści. Czasami biję jakiś rekord, to wtedy szczególnie mocno trzymają za mnie kciuki. – opowiada Paweł. Żeby dostać dobrą ocenę, musi rozwiązać zadanie tak samo dobrze jak reszta klasy. Tylko czasami zdarza się, że któraś z koleżanek namaluje za niego pracę na plastykę. Z tymi dziewczynami Paweł też nie ma łatwo. Lubią go, okazują mu sympatię, a on nie ma czasu, by z którąś z nich się zaprzyjaźnić. – Koleżanki piszą do mnie, chcą się spotkać, ale ja naprawdę nie mam czasu na to, by się zajmować dziewczynami. Poświęcam się sportowi, a muszę też znaleźć czas na szkołę. – wyznaje młody zawodnik.

 

Gdy stres schodzi, ciało zmienia temperaturę

 

Z pozoru to drobny, cichy, „ułożony” chłopiec. W oku ma jednak ten błysk, który zdradza, że pozory mylą. Przecież przygotowuje się do kariery żużlowca, a ta przeznaczona jest dla mężczyzn twardych i odważnych. – Wiem, że ryzyko jest wpisane w ten sport, ale nie myślę o tym, nie boję się. Po wypadku za każdym razem chciałem wracać na tor i denerwowało mnie, kiedy nie mogłem. – mówi Paweł, który ma mocny charakter, nie boi się ryzyka i chce przekraczać bariery. Podczas zawodów „Unijne Talenty” upadł tak strasznie, że jego motocykl złamał się na pół. Wyglądało to makabrycznie. On jednak wstał. Gdy tylko się otrzepał, woła do ojca: „szybko szykuj mi nowy motor na powtórkę”. Lekarz nie daje zgody na dalszą jazdę. A Paweł do niego: „ale tata mi pozwoli”. – Paweł nigdy nie odpuszcza. Czy boli, czy nie. – przyznaje Radek. A wie dobrze, co to ból. Już dwukrotnie wskutek wypadków na torze połamał kości. Nie boi się jednak, że kolejny raz może zaboleć jeszcze bardziej. Strach czują za to jego rodzice – Nieustannie się boimy się i to bardzo. Rodzice obserwujący dziecko w tak ekstremalnym sporcie zawsze będą się bać. Strach jest na każdym treningu i przede wszystkim na zawodach. Zawsze do pierwszego wyścigu jestem bardzo spięty. W trakcie zawodów czuję, jak stres schodzi i zmienia się temperatura ciała. – mówi Radek. Razem z Agnieszką mają jednak dystans do całej sytuacji: - Na początku baliśmy się, czy Paweł dojedzie, teraz boimy się, czy dojedzie pierwszy – śmieje się mama. To oczywiście tylko żarty. W rzeczywistości Paweł dla nich zawsze będzie najlepszy. Czy przyjedzie pierwszy czy czwarty. Mają taką swoją tradycję, że w drodze do domu śpiewają mu kibicowską przyśpiewkę ze słowami ułożonymi specjalnie dla niego.

 

W środku lasu

 

Koło Bąkowa pod Wrocławiem jest las, a w tym lesie jest tor. Tam jeździć uczył się Maciej Janowski. Tam też zaczynał Paweł Trześniewski – Szukając możliwości trenowania, trafiliśmy właśnie na ten obiekt. Tam były pierwsze próby. A gdy kupiliśmy bardziej profesjonalny motor, zaczęły się podróże do Rybnika. Było łatwiej. Miałem do dyspozycji profesjonalnie przygotowany tor, opiekę trenerów. Moim pierwszym szkoleniowcem był Antoni Skupień. To świetny trener, bardzo go lubię. Nie jest z tych, co puszczają zawodników i krzyczą: „trzymaj gaz”. Nieustannie coś nam podpowiada, daje cenne wskazówki. Traktuje miniżużel jak drogę do dużego speedwaya – mówi Paweł. Chłopaki słuchają swojego szkoleniowca. Nie musi na nich krzyczeć, wystarczy, że pokiwa palcem i każdy wie, o co chodzi. Zresztą, Paweł ma szczęście do dobrych trenerów. W Rybniku jest Antoni Skupień, w Opolu Piotr Żyto, który szkoli, a zarazem pomaga mu jako menadżer. Obydwaj mają świetne podejście do młodzieży. Na zawodach swoje uwagi przekazują też inni szkoleniowcy z najsilniejszych polskich klubów. Pawłowi podpowiadają jak ma jechać, a Radka pytają o plany na przyszłość.

 

Józef Kafel poleca wątróbkę

 

Częste i długie podróże niejednokrotnie wiążą się z wizytami w fast foodach. Paweł, jak każdy chłopak w jego wieku, lubi frytki z hamburgerem i colą, ale pozwala sobie na takie jedzenie tylko od czasu do czasu. Ostatnio jego przysmakiem stała się wątróbka. – Polecał ją pan Józef Kafel. Powiedział, że dla małego sportowca wątróbka przysmażona z cebulką to świetne danie. Trochę trwało zanim Paweł się do tego dania przekonał, ale teraz niejednokrotnie prosi o to, by mu taką wątróbkę przyrządzić. – opowiada Agnieszka. W rodzinie Trześniewskich każdy ma do wykonania swoje zadanie związane z pasją Pawła. Agnieszce przypadło gotowanie. Często kiedy zimowe poranki na stadionie zamieniają się w późne popołudnia, tata z synem rozpalają grilla, na którym mama przygotowuje różne specjały. Radek, który jest mechanikiem i kierowcą, ma więcej pracy w sezonie letnim.

 

Płynny jak Tai, zadziorny jak Nicki

Zapytany o sportowych idoli, Paweł nie zastanawia się ani chwili: – Tai Woofinden i Nicki Pedersen. To są moi idole. Chciałbym tak płynnie jeździć i mieć taką sylwetkę jak Tai, a jednocześnie być tak zadziornym i nieustępliwym zawodnikiem jak Nicki. Trzeba przyznać, że potrafi on wjechać nawet tam, gdzie wydawać by się mogło, że nie ma już miejsca. – wyznaje z podziwem. Nad półką z pucharami powiesił też zielony szalik z napisem „Kevin Woelbert”. To trzeci idol, razem z którym Paweł miał już możliwość trenowania na opolskim torze. Niemiec też był pod wrażeniem jazdy dwunastolatka. Paweł nie wie jeszcze, w jakim klubie będzie jeździł w przyszłości, ale marzą mu się starty w barwach Unii Leszno: - Tam najlepiej szkolą młodych zawodników. Dlatego chciałbym trafić do tego klubu. – mówi i dodaje, że trzyma też kciuki za ROW Rybnik, Spartę Wrocław i Kolejarza Opole.

 

Lubię komplementy, ale gwiazdą nie jestem

 

Choć startuje w zawodach dla miniżużlowców, na treningach siada na duży motor. Wielu zawodników oglądając dwunastolatka, który płynnie pokonuje łuki, przeciera oczy ze zdumienia. Paweł lubi komplementy, podoba mu się też, kiedy publiczność klaszcze czy macha do niego. - Lubię to, ale nie jest to dla mnie najważniejsze. Nie jeżdżę na żużlu tylko dla oklasków. Najważniejszy jest mój rozwój i zdobywanie coraz lepszych wyników, a także sama zabawa. Nie jestem gwiazdą – wyznaje z powagą. Dlatego też Radek z Agnieszką mieli wątpliwości, czy nie za wcześnie, by o nim pisać. Rozmowę odwlekaliśmy od początku sezonu.

 

Marzenia

 

- Cieszę się z tego co udało mi się wywalczyć na torze, choć nie ukrywam, że nie wszystko dało się zrealizować. Będziemy się jednak starać w przyszłości w dużym żużlu, by tam spełniać marzenia. –wyznaje Paweł Trześniewski. Te marzenia nie różnią się od pragnień innych zawodników. W przyszłości chciałby zostać mistrzem Polski i mistrzem świata, jeździć w dobrym klubie i robić show, za które publiczność nagradzałaby go brawami. A po udanym sezonie chciałby w towarzystwie swojego idola, Taia Woffindena, zwiedzić Australię. A o co prosi w liście do św. Mikołaja? Oczywiście, że o nowy silnik (w minionym roku pod choinkę dostał profesjonalną skrzynkę na narzędzia).

 

Trupie czachy i motocykle

 

Paweł chciałby też zrobić sobie tatuaż. A ponieważ kręcą go trupie czachy i motocykle, to właśnie takie motywy chciałby mieć na swoim ciele. – Zastanowię się też nad aniołami. Może udałoby się zrobić coś podobnego do tatuażu, jaki na szyi ma Tai Woffinden. – mówi Paweł. Żadne kolorowe wzorki, zwierzęta, czy twarze nie wchodzą w grę. Radek żartuje, że na tatuaże przyjdzie czas po pierwszym mistrzostwie świata.

 

Nie mamy sponsorów, mamy Przyjaciół

 

Ostatnio niezły upominek ufundowali Pawłowi jego sponsorzy. – Dostałem motocykl z silnikiem 500 ccm. Rama jest po Piotrze Protasiewiczu, a silnik po Bartoszu Zmarzliku.– opowiada, z dumą pokazując wygrawerowane logo teamu Zmarzlika. Kiedy wręczali mu ten motor był tak wzruszony, że z oczu popłynęły łzy. – My nie nazywamy ich sponsorami, tylko Przyjaciółmi. W tym gronie są pan Adrian Spałek i pan Bartek Siekierka, syn byłego żużlowca Kolejarza Opole oraz firmy Grzybek i Strażak – nauka jazdy z Opola oraz TIR Serwis z Wrocławia. Oni sami decydują o tym, w jakim zakresie mogą i chcą nam pomóc. Także klub Rybki Rybnik pomaga nam w miarę możliwości. – mówi Radek. Gdyby nie pomoc Przyjaciół byłoby naprawdę ciężko. Zresztą nawet teraz spełnianie marzeń dziecka wiąże się ze sporymi wyrzeczeniami. – My po prostu nie jesteśmy w stanie zarobić takich sum, jakie wydajemy na pasję Pawła. Z pomocą przyjaciół i rodziny dajemy jakoś radę. Dochodzą też kredyty. Na siebie nie wydajemy w zasadzie nic. Kupujemy tylko niezbędne do życia rzeczy, opłacamy rachunki i reszta idzie na żużel. Już od wielu lat nie wyjeżdżamy na wakacje. Ale za to jak jedziemy z Pawłem na zawody, to wieczorami po ich zakończeniu zwiedzamy miasto, albo jak jesteśmy w Gdańsku, to idziemy na plażę. Dobre wyniki Pawła i jego zadowolona mina rekompensują wszystko. Dlatego nasze motory są zawsze dobrze przygotowane, na częściach nie oszczędzamy. Mamy też takie szczęście, że zawsze kiedy jesteśmy pod ścianą i nagle potrzebujemy pieniędzy, to zawsze je znajdujemy .– opowiada tata Pawła.

 

***

 

Dotychczasową żużlową przygodę Pawła Trześniewskiego można by zamknąć w stwierdzeniu: „żużel to całe moje życie”, moje i moich rodziców. Jest on pasją, która daje szczęście, ale wymaga też sporych wyrzeczeń. Godzą się na nie i dlatego w oczach wielu są „świrami”. Czy upór, nieustępliwość, determinacja za kilka lat poprowadzą ich na żużlowe salony? Jest taka szansa. W końcu już dziś wielu znakomitych trenerów uważa, że Paweł to przyszłość polskiego speedwaya.

 

 

MAREK BODUSZ
 

Źródło: „Tygodnik Żużlowy” 2018, nr 4.